Na tej stronie umieszczono kody JavaScript.
Skrypt możesz uruchomić używając nowszej wersji przeglądarki.
Miłego Dnia.
Napisz maila!   dodaj do ulubionych  Ustaw stronę jako startową      KSIĄŻKI AUTOR GALERIA ANTYBIOTYK
PRZYJACIELE ZAKUP WYDARZENIA ARTYKUŁY KONTAKT


COFNIJ DO POPRZEDNIEJ STRONY







z tomu prozy "Konfekcjoner mieszanek egzystencjalnych"...


BABCIA DO SPUSZCZANIA WPIERDOLU



            Tomaszek był chłopakiem dziewiętnastoletnim, można powiedzieć wysokim, o szczupłej budowie ciała i ciemnych krótko przystrzyżonych włosach. Byłby pewnie przystojny, gdyby nie pryszcze panoszące się na jego twarzy pośród kiełkującego i miałkiego ciągle zarostu. Naturalnie nie wychodziło mu z dziewczynami, ale tym się nie przejmował. Od czego w końcu miał prawą dłoń?
           Oprócz porannych i wieczornych ćwiczeń zręcznościowych poświęcał czas na studiowanie psychologii, ale nie odnajdywał się na tym kierunku. Być może powinien był zająć się matematyką czy fizyką...
            Wieczorami Tomaszek pracował w popularnym w mieście pubie na zmywaku. Oprócz szorowania zapyziałych po piwie z sokiem malinowym czy imbirowym szklanek, filiżanek po gorącej czekoladzie i czajniczków pełnych herbacianych fusów zajmował się jeszcze Tomaszek krążeniem po sali, co, trzeba koniecznie zaznaczyć, uważał za „fajną” część swojej monotonnej i wielogodzinnej pracy za gównianą stawkę godzinową. Krążąc po sali Tomaszek wymieniał pijanej braci studenckiej i plastikowo-różowym blond panienkom kipiące od petów popielniczki, zapalał w miejsce wypalonych nowe świeczki i zabierał puste szkło.
           Miał Tomaszek jedną cechę, której nie mogli nadziwić się jego koledzy i koleżanki z pracy, a także z której podśmiewali się stali bywalcy pubu.
           Tomaszek był milczkiem. Mało! Tomaszek był milczkiem absolutnym.
           Co to znaczyło?
           A cóż mogło. Jak mówi przysłowie: Mowa jest srebrem a milczenie złotem... I Tomaszek się do przysłowia absolutnie stosował.
           W milczeniu także znosił wszelkie szyderstwa dotyczące jego skromnej i nieśmiałej osoby.

            Dochodziła po raz kolejny 4. rano, kiedy Tomaszek po raz kolejny wracał po pracy do domu przez uśpione miasto. Pora kiedy nawet sklepy nocne były często zamknięte, a na rogach ulic można było spotkać leżącą i kompletnie pijaną młodzież z tak zwanych dobrych domów, była jego ulubioną porą. Uwielbiał wpatrywać się w niebo, które nie było już ciemne ani jasne, nie było nawet szare. Po prostu świtało...
            Tomaszek mieszkał w ścisłym centrum miasta, można rzec, że tuż za rogiem pubu, w którym pracował. Nie mieszkał wcale sam, jak mogłoby się wydawać, kiedy się mu przyglądało.
            Otóż Tomaszek mieszkał z... babcią.
            Z czystej przyzwoitości dodać trzeba, że mieszkał ze swoją babcią, a nie jakąś tam zwykłą obcą babcią i nie utrzymywał z nią żadnych stosunków podejrzanej treści, bo, jak już było wspomniane, zadowalał się całkowicie obcowaniem ze swoją zręczną prawicą.
            Babcia miała, w odróżnieniu od swojego wnuka Tomaszka, lat sześćdziesiąt dziewięć i nigdzie nie musiała już pracować, a nawet nie ruszała się z domu na krok, bo i po co, kiedy na zewnątrz dojmujący wrześniowy ziąb, a wszystko czego pragnęła jeszcze od życia, znajdowała w telenowelach, które namiętnie oglądała w towarzystwie swojego, i Tomaszka, jak utrzymywała, czarnego kota o wdzięcznym imieniu Józek.
            Babcia miała na imię Genowefa i uwielbiała Radio Maryja oraz ojca dyrektora Rydzyka, a także moherowe nakrycia głowy, jeśli już jakaś nie cierpiąca zwłoki sprawa ruszyła ją z domu, na przykład nakarmienie bułką obijających się w brudnej wodzie miejskiej rzeki łabędzi tuż po mszy świętej, w której starała się pilnie uczestniczyć przynajmniej przy okazji świąt.

            Tomaszek wszedł do bramy swojej kamienicy i wspiął się na trzecie piętro. Wyjął z kieszeni klucz i wsadził go w zamek drzwi, a następnie przekręcił z chrzęstem typowym dla starych zamków, jakie można spotkać w starym budownictwie. Cicho wsunął się do wnętrza uśpionego i ciemnego mieszkanka i starannie zamknął za sobą drzwi. Odłożył na podłogę plecak i zzuł przepocone po wielogodzinnej pracy buty.
            Zza futryny wychynęła nagle siwa głowa jego babci Genowefy i uśmiechnęła się, nawet w ciemności to widział... przed oczyma duszy swojej, bezzębnymi dziąsłami.
            - Dobry wieczór, Tomaszku – szepnęła konspiracyjnie babcia, jakby bała się, że jej wypowiedź dotrze do niepowołanych uszy jakiejś trzeciej osoby. – Jak było w pracy? Zmęczony jesteś, Tomaszku?
            I już łasiła się do jego nóg, jak zbity pies, a czarny kot Józek, którego obecność w mieszkanku zdradzały tylko intensywnie zielone punkciki jego oczu, patrzył na nią z najwyższym wyrazem obrzydzenia.
            Tomaszek spojrzał na babcię z niemniejszym obrzydzeniem i zasyczał z niewysłowionej nienawiści, która trawiła jego wnętrze.
            - Zamknij się, stara pizdo – warknął – bo ci przypierdolę!
            - Ależ Tomaszku, ja... – Zaprotestowała babcia, ale Tomaszek przerwał jej silnym ciosem pięści w bezzębne usta.
            - Mówiłem ci, do kurwy nędzy, zamknij się! Ogłuchłaś do reszty!?
            Babcia Genowefa siedziała skulona u jego stóp i cichutko płakała. Jej biała koszula nocna nasiąkała powoli krwią płynącą z rozbitych ust.
            - I nie rycz, bo dopiero się wkurwię!
Pokiwała siwą głową próbując się jednocześnie opanować.
            - Napiłbym się jakiegoś browara. Kupiłaś?
            Znowu pokiwała głową, a potem podniosła się niezdarnie i poczłapała do kuchni po zimne piwo dla swojego ukochanego wnuka Tomaszka.
            - Miałem dzisiaj przejebany dzień... – Dobiegło ją jeszcze utyskiwanie Tomaszka zakończone przeciągłym ziewnięciem.
            W duchu dziękowała Bogu, że nie zapomniała poprosić sąsiadkę o kupienie paru puszek piwka dla Tomaszka, bo chłopiec chodzi ciągle taki zestresowany! Tyle jego, co się napije po pracy...



CZŁOWIEK O DWÓCH CV



            Przychodzi do pracy punktualnie rano i przez godzinę przygotowuje kawiarnię na otwarcie. Przez ten czas wykonuje mnóstwo męczących czynności i czasami myśli, ale tę myśl zachowuje jedynie dla siebie, że powinien mieć większą stawkę godzinową, bo pracuje niemal za darmo.
            Wybiera odpowiednią muzykę, która ma naładować go dobrą energią na resztę dnia, chociaż nie zawsze tak się dzieje. Czasami ma tak zły nastrój, wyobraża go sobie jako wewnętrzną czarną kipiel, że muzyka nie jest w stanie przebić się jasnym promieniem przez ten mrok.
            Mrok zagościł w nim na stałe jeszcze w młodości.
            Barman tak naprawdę nie jest barmanem.
            Jest poetą.
            Życie zmusiło go do podjęcia takiej pracy. Co innego zresztą może robić?, często zadaje sobie to pytanie. Szczególnie kiedy jest w złym nastroju.
            Każdego poranka przed wyjściem z domu rzuca ukradkowe spojrzenie na półkę z książkami, wiszącą nad łóżkiem, gdzie stoją trzy tomiki jego autorstwa, jakby chcąc upewnić się co do swojej tożsamości i zaczerpnąć siły, która pozwoliłaby mu przetrwać te jałowe godziny pracy za barem.
            I pamiętać, że jest poetą, a nie barmanem.



TRZY ZŁOTE GWOŹDZIE



            Przyszedł na wernisaż wystawy do tej mało uczęszczanej galerii, kiedy przeczytał krótką notę na zaproszeniu, które odstąpił mu znajomy, bo sam nie miał ochoty, jak stwierdził w rozmowie, podziwiać wielkiej sztuki. Znajomy uważał, że lepiej będzie, jak odda właśnie jemu i tylko jemu to zaproszenie, bo w końcu posiada bogatą, chociaż nigdy nie dochodzącą do głosu, duszę artystyczną
            Wernisaż zapowiadał się obiecująco. Autor był nie tylko malarzem i grafikiem, ale także specjalistą od dosyć specyficznych performance’ów, a czasem i poetą. Wystawa miała się składać z prac nie do końca malarskich i nosiła tytuł: TRZY ZŁOTE GWOŹDZIE, a po wewnętrznej stronie kartonika z zaproszeniem uczyniony był jeszcze dopisek stylizowaną na pismo odręczne czcionką o treści: Jeżeli czujesz, że zmartwychwstałeś, może to Ty jesteś ich (Trzech Złotych Gwoździ) właścicielem...?
            Wszedł do galerii i stwierdził, że w środku nikogo nie ma. Co więcej, białe surowe ściany były puste, jeśli nie liczyć na jednej z nich wbitych trzech złotych gwoździ; dwa umieszczone były tuż pod sufitem, symetrycznie w stosunku do siebie, a trzeci nad podłogą, na wysokości kolan, wyznaczał środek pomiędzy tymi dwoma. Rozejrzał się, nie wiedzieć po co, skoro nikogo oprócz niego nie było w galerii i podszedł bliżej. Poczuł nagłe i nieprzyjemne mrowienie, a później rwanie w środku obu dłoni i w obu stopach. Podniósł dłonie do oczu. W świetle gołej żarówki, która wisiała pod sufitem, zobaczył dawno zapomniane okrągłe blizny. Przemógł wewnętrzny wstyd i zzuł buty. Na stopach miał identyczne blizny.
            Wyciągnął ręce do góry w taki sposób, że uchwycił dłońmi obu gwoździ, podciągnął się i stanął prawą stopą na środkowym gwoździu. Delikatnie odwrócił się, nie puszczając gwoździ, plecami do ściany i oparł lewą stopę na prawej. Zamknął oczy i wzniósł oczy ku sufitowi. Nabrał stęchłego powietrza w płuca i wrzasnął:
            - Eli, Eli, Lama Sabachtani!
Ze zdziwieniem usłyszał gromki aplauz. Otworzył oczy i ujrzał w kącie brodatego starca.
            - Nareszcie cię odnalazłem, synu...



ZAWSZE KIEDY POSTAWISZ MI DRINKA...



            Był typem samotnego faceta.
            Od kiedy tylko sięgał pamięcią wstecz, nie znajdował nawet wspomnienia po jakiejkolwiek kobiecie, a to z tego prostego powodu, że żadna nie chciała z nim być, nawet przez chwilę. Owszem, mógł kupić sobie jakąś kurewkę, chociażby ukraińską, na jedną noc, ale z kolei brakowało mu choćby krzty śmiałości, bo kasę ostatecznie mógł zdobyć w taki czy inny sposób.
            Nie był fizycznie odrażający, ale do pięknych się nie zaliczał, a nawet do ładnych. Był przeciętny aż do pierwotnego bólu istnienia, mdły, rozmazany i nieciekawy. Kompletne zero, jak zwykł o sobie, słusznie zresztą, myśleć.
            Niektórzy ludzie starają się ze wszystkich sił, by nikim nie zostać, albo raczej zostać nikim.
            On nie musiał. Przyszło mu to naturalnie. Miał beznadziejnie nudną pracę w biurze, gównianą pensję (na stanowisko państwowe się nie załapał) i zero aspiracji oraz chęci poprawy swojego losu.
            W sumie nie oczekiwał niczego wielkiego od życia.
            Od czasu do czasu chciał sobie jedynie uczciwie pojebać.
            Żeby wypełnić jakoś swoją nieznośną samotność, zaczął pić. Regularnie, dzień w dzień po pracy szedł na wódkę z sokiem, ale nie wypijał jej dużo. Z prostej przyczyny. Nie stać go było na ostre chlanie.
            I kiedy już przyzwyczaił się do swojego losu, można powiedzieć, oswoił się z nim, zdarzył się cud!
            Na horyzoncie wydarzeń pojawiła się d u p a.
            Nie jakaś tam zwykła dupa, ale właśnie d u p a.
            A przynajmniej według niego i jego żałosnego przyrodzenia.
            D u p a była w istocie kobietą, by nie pokusić się o stwierdzenie: zwykłą knajpianą kurwą, jakich wiele się w knajpach (w szczególności o profilu artystycznym) spotyka, upadłą. Oddawała się pierwszemu lepszemu frajerowi, który postawił jej choćby jednego drinka, bo była na wiecznym głodzie alkoholowym. A że młoda już nie była i dosyć szpetna, nie przychodziło jej to z wielkim trudem, a nawet z łatwością godną podziwu.
            Ale on o tym nie wiedział.
            No i napili się, bo oczywiście na drinka dla niej było go stać. A że innej opcji na wieczór dupa nie znalazła, poszli potem do niego.
            I pojebał sobie za wszystkie czasy.
            Oczy mu się świeciły jak dwie latarenki, kiedy wrócili następnego wieczoru do swojej ulubionej, jak się okazało, knajpy o wspomnianym wyżej profilu artystycznym.
            Zasiedli przy stoliku w samym kącie lokalu, gwoli intymności i nie przeszkadzało im nawet bliskie sąsiedztwo kibla i wydobywające się z niego przykre zapachy.
            Za ostatnie pieniądze kupił dwa drinki. Dla niej i dla siebie.
            Ona wiedziała już, że to koniec. Kolejny z końców i kolejny z początków.
            On nie miał o tym zielonego pojęcia.
            - Będziesz zawsze moja? – Zapytał wlepiając w nią swoje maślane oczka zakochanego idioty.
            - Jasne – zapewniła rzeczowo. – Zawsze kiedy postawisz mi drinka.
            Dopiła swoją wódkę z sokiem i wstała od stolika szurając krzesłem tak, jak to robią mocno pijani faceci.
            Patrzył jak odeszła chwiejnym krokiem i przysiadła się do innego samotnego frajera, którego akurat tego wieczoru stać było na drinka dla niej.
            A potem wyszła z nim na małe jebanie.
            Biedny frajer.



ŚWIAT PANA PIOTRUSIA
Trylogia gdańska


PROLOG


            W
prowadziliśmy się do mieszkania pana Piotrusia pierwszego sierpnia wieczorem.
            Przyjechałem do Gdańska aż z Wrocławia razem ze wszystkimi swoimi rzeczami. Przewiózł mnie stary kumpel z Krakowa, który w ten sposób zrobił sobie wycieczkę i krótki urlop od żmudnej roboty w poligrafii.
            Zielonooka miała na nas czekać w mieszkaniu, ale znudzona wyszła do sklepu po coś do picia.
            Pan Piotruś także na nas nie czekał, jak się okazało.
            Na rogu, nieopodal parkometru, czekał za to na nas Marian Sprinter, który wtedy jeszcze był beznogim Marianem lub po prostu Marianem. Obok niego kręciła się nieodłączna Malinowa, która także nie była jeszcze dla mnie Malinową.
            Podszedłem do Mariana Sprintera, o jego istnieniu wiedziałem już z relacji Zielonookiej, i spytałem wskazując na kamienicę, pod którą zaparkowaliśmy samochód:
            - To jest numer cztery?
            - Tak, cztery – zahuczał Marian Sprinter, jak tylko on to potrafił. – Do Piotrka?
            - Tak, zgadza się – odpowiedziałem wcale zdziwiony i poczęstowałem go papierosem, ale sprytnie wyciągnął z paczki dwa.
            - To tutaj – dodał beznogi. – Ale Piotrek wyszedł.
            - Dzięki.
            Miałem już nowych znajomych. Niepotrzebnie martwiłem się zawczasu.
            Zza rogu wyszła Zielonooka z dwulitrową colą i kluczami od nowego mieszkania, a w zasadzie pokoju, który mieliśmy zajmować przez miesiąc, aż do wyprowadzki do wynajętej kawalerki w Sopocie.


I.
JAK PAN PIOTRUŚ CHCIAŁ ZMNIEJSZYĆ BEZROBOCIE


            P
an Piotruś, człowiek obrotny, jak to się mówi i zdrowy jak przysłowiowy koń, chociaż już dawno przekroczył pięćdziesiątkę a i niejedną spożył, kiedy jeszcze nie ogarnął go wstręt przemożny do alkoholu, postanowił znaleźć sobie pracę. Nie na cały etat, bo nie czuł takiej potrzeby, wszak wynajmował dwa pokoje w swoim trzypokojowym mieszkaniu, w tym jeden studentowi, a drugi przez jeden miesiąc zajmowaliśmy ja i Zielonooka. Coś dorywczego, bo pieniądz, jak wiadomo, piechotą nie chodzi i zawsze się na coś przyda, a to zakupy, a to remont, a to jakiś wyjazd. Ze swoim wieloletnim doświadczeniem elektromontera nie powinien mieć praktycznie problemu, aby jakąś fuchę podłapać zważywszy dodatkowo na sezon letni, który w Trójmieście obfituje w różnego rodzaju dorywcze zajęcia.
            Niezwłocznie wziął się do szukania. To rozpytywał znajomych, to wydzwaniał po ogłoszeniach z gazet, ale wciąż nikt go nie chciał. Często te jego rozmowy słyszałem, ponieważ pan Piotruś drzwi od pokoju nigdy nie zamykał, a do cicho mówiących osób również nie należał, gdy parzyłem sobie kawę w kuchni.
            Po którejś kolejnej rozmowie telefonicznej pan Piotruś wszedł do kuchni akurat w chwili, gdy zmywałem po śniadaniu i powiedział:
            - Kurwa.
            - Nie ma roboty? – Spytałem nie odrywając się od wykonywanej czynności.
            - No nie ma. Znaczy jest – machnął ręką. – Tylko że chcą ode mnie oświadczenia o niepełnosprawności, albo którejś tam grupy inwalidzkiej, a skąd ja to wezmę? Przecież jestem zdrowy, to co mam kombinować?
            - No tak. Przyzwyczaili się, żeby inwalidów zatrudniać...
            - No. Pieprzę ich.
            - I słusznie.
            Pan Piotruś pokręcił się chwilę po kuchni, chociaż zupełnie bez celu, i chyba już do reszty niepotrzebny i nieprzydatny się poczuł, bo odwrócił się na pięcie i poszedł do swojego pokoju, na odchodnym dodając:
            - A chciałem, kurwa, pomóc im zmniejszyć bezrobocie... I co?
            - Gówno – odpowiedział sam sobie.


II.
JAK MARIAN SPRINTER STRACIŁ OBIE NOGI


            M
arian Sprinter z sąsiedniej kamienicy nie miał obu nóg.
            Przydomek Sprinter otrzymał ode mnie niejako na dzień dobry. Zaraz po pierwszym czy drugim spotkaniu. Brak nóg w niczym mu nie przeszkadzał. Wielu z was nie potrafiłoby tak szybko przemieszczać się jak Marian Sprinter na swoim wyczynowym wózku z demobilu, nawet mając dodatkową, bonusową nogę. Wystarczyło wyjść z bramy na podwórze, a Marian był już obok ciebie i wyciągał brudną łapę po drobne albo papierosa.
            Beznogi miał niewielu prawdziwych kumpli, jak pana Piotrusia, pod którego oknem regularnie czatował niczym gołąb, na poranną wódeczkę, miał raczej dosyć dużą świtę towarzyszy niedoli, a wynikało to z faktu, że Marian już samym faktem braku obu nóg, a także, jak później zasłyszałem od pana Piotrusia, dwóch palców prawej ręki wzbudzał u większości przechodniów litość i dzięki temu wyrabiał największą dniówkę ze wszystkich miejscowych obrzempałów.
            Prawdziwym hitem był jednak parkometr ustawiony na rogu kamienicy. Widać go było również z okna naszego, Zielonookiej i mojego, pokoju. Często słyszałem sławetne akcje Mariana Sprintera. Widzieć niestety nie zawsze mogłem, z racji nabytego przez Mariana wzrostu. Kiedy ktoś przyjeżdżał na naszą ulicę i zaczynał parkować swój samochód, zjawiał się Marian i żywo, a także z wielkim znawstwem, nawigował go, dopóty nie zrównał się z krawężnikiem. Zwykle wdzięczni, być może tylko z grzeczności albo dobrego wychowania, kierowcy odpalali co nieco Marianowi, z reguły drobne, które wypluł ze swojego wnętrza parkometr. Ale bywało też, jak opowiedział mi pan Piotruś, że ktoś wcisnął Marianowi całe pięćdziesiąt złotych.

            - Nie zawsze tak było – powiedział pan Piotruś. – Pamiętam go, kiedy miał jeszcze obie nogi...
            Był kucharzem pływającym na statku. Musiał prezentować się okazale, bo po dziś dzień widać, pomimo wózka, do którego jest przykuty, że niezły z niego był byk. Lubił popić tęgo, jak każdy w tym pieprzonym kraju, i miał wszystko w dupie. Kiedy pojawiły się problemy z krążeniem i lekarze grozili mu amputacją nogi, nie przejął się i tak stracił pierwszą. Dostał rentę i przestał wychodzić z domu, gdzie ją dokumentnie przepijał. Wiem, bo często łaziłem tam do niego z obiadami, żeby mi nie kipnął. Po jakimś czasie druga noga zrobiła się opuchnięta i czarna i poszła pod piłę. Razem z kciukiem i palcem wskazującym prawej ręki. Normalny człowiek, pomijając drobny fakt, że nie dopuściłby pewnie do tak żenującej sytuacji, załamałby się, ale Marian, Marian nie... Zaczął żebrać tu, na rogu, kiedy połapał się, że swoim wyglądem wzbudza litość w przechodniach...
            - Mówię ci – żachnął się pan Piotruś kończąc swoją opowieść. – On wyrabia dniówkę większą niż ty i ja w robocie. Taki to zawsze da sobie radę. Szkoda tylko, że wszystko przepija.


III.
JAK MALINOWA MYŁA PANU PIOTRUSIOWI OKNA


            M
alinowa swój przydomek zawdzięczała swojej niesłychanej karnacji, jaką nabyła przez lata obcowania z najpodlejszymi markami alkoholi. To i nielekki tryb życia, jaki prowadziła, stało się kamieniem węgielnym jej wyglądu, przez który nie sposób było zidentyfikować jej prawdziwego wieku. Gdy tak przyglądam się jej z okna, sądzę, że ma nie więcej jak czterdzieści lat, chociaż wygląda na sześćdziesiąt parę.
            Malinowa nie mieszka po sąsiedzku ze wspomnianymi wcześniej panem Piotrusiem i Marianem Sprinterem, ale przebywa na podwórzu i przy ulicy z racji łatwego zarobku i napitku, gdyż jest strażą przyboczną i osobistą asystentką Mariana Sprintera.
            Gdzieś około południa wtacza się nieprzytomna jeszcze, zapuchnięta od pijackiego snu i bardziej malinowa na twarzy niż zwykle na nasze podwórze, sama bądź w równie jak ona szlachetnym towarzystwie. Dołącza do Mariana Sprintera, który już tymczasem zdążył uzbierać na pierwszą nalewkę, a jeśli nie, to chociaż wypić pomocniczego z rąk pana Piotrusia, który podał mu go przez swoje okno. Jest już miło i elokwentnie, chociaż tematy nie zawsze bywają błyskotliwe i światowej jakości...
            Rozmawiając z panem Piotrusiem słyszę niekiedy jak się wydzierają chórem: Piotrek! Piotrek! i wtedy pan Piotruś podbiega do okna omijając plączącego się pod nogami starego amstaffa Killera, odsuwa firanę i otwiera je na oścież, żeby dowiedzieć się, o co chodzi.
            - Co jest!? – Pyta grzecznie pan Piotruś, a potem dodaje: - Nie, nie mam żadnych drobnych!
            - Zasuszyło ich – śmieje się do mnie wskazując na okno.

            - Kiedyś ulitowałem się nad tą czerwoną na ryju – powiedział pan Piotruś. – Malinowa na nią mówię.
Miałem tu u siebie remont i zrobił się zajebisty syf, no to wziąłem ją i mówię, że dam jej pół bańki, jak wysprząta kuchnię i umyje mi okna w pokoju. Przecież dla niej to sporo chlania. Umyła kuchnię, ale tak, że wszystko było kurwa tłuste i lepkie. A jak się za okna wzięła, a wtedy nie miałem tych pecefałek, tylko takie kwaterki, dwanaście ich w każdym było, to pieprzyła się z nimi pół dnia i nawet połowy nie zrobiła. Dałem jej tę pięćdziesiątkę, bo mi się żal jej zrobiło, a okna raz dwa sam wymyłem. Wziąłem płyn i papier toaletowy i raz dwa, były czyste...
            - No mówię ci, co za baba nieudana! Obie ręce lewe do roboty. Nic, tylko by chlała i chlała.


EPILOG


            N
asz pobyt tutaj dobiegł końca.
            Jutro przewozimy z kumplem rzeczy Zielonookiej i moje z Gdańska do Sopotu. Ten gość kiedyś organizował promocję jednego z moich tomów poezji w Empiku, właśnie w Gdańsku. Teraz będziemy razem grali w mojej kapeli rockowej. On gra na basie. Ja wywrzaskuję swoją poezję.
            Będzie mi brakowało porannych opowieści pana Piotrusia, wszędobylstwa Killera, pohukiwania Mariana Sprintera za oknem i wiecznie zapuchniętej Malinowej wtaczającej się do bramy.
           Łudzę się, że w Sopocie trafię na równie oryginalne podwórze pełne nie spisanych opowieści...






















COFNIJ DO POPRZEDNIEJ STRONY
Góra strony.