Na tej stronie umieszczono kody JavaScript.
Skrypt możesz uruchomić używając nowszej wersji przeglądarki.
Miłego Dnia.
Napisz maila!   dodaj do ulubionych  Ustaw stronę jako startową      KSIĄŻKI AUTOR GALERIA ANTYBIOTYK
PRZYJACIELE ZAKUP WYDARZENIA ARTYKUŁY KONTAKT


COFNIJ DO POPRZEDNIEJ STRONY






z tomu prozy '' Opowieści poronione''...

BAJKA O ZACZAROWANYM PSIE



                                                                                                Pamięci Charlesa Bukowskiego.
                                                                                                Pisarza który zmienił całe moje życie.
                                                                                                I spojrzenie na świat.





                                                                                               “musisz wypierdolić bardzo wiele kobiet
                                                                                                pięknych kobiet
                                                                                                i napisać parę przyzwoitych wierszy miłosnych.

                                                                                                i nie przejmuj się wiekiem
                                                                                                ani nowymi talentami.

                                                                                                pij tylko więcej piwa
                                                                                                coraz więcej piwa...”







                                                                                                Charles Bukowski
                                                                                                “jak zostać wielkim pisarzem”






            Dawno dawno temu był sobie w Krakowie pisarz o imieniu Alfons. Chujowe to imię było, bo kojarzyło się wszystkim z pewną - niezbyt popularną dla ogółu - profesją, ale w pewnym sensie adekwatne, bo pisarz dość często zadawał się z kobietami które parały się ową profesją. Alfons podejmował częste próby zażegnania tych skojarzeń pisząc swoje imię: Alfąs bądź też: Alfąss. Niczego to jednak nie zmieniło. Dla ogółu ludzkiego - w tym i czytelników - pozostawał Alfonsem. Poczciwiec był bardzo sfrustrowany takim stanem rzeczy. Właściwie od samego urodzenia był sfrustrowany dosłownie wszystkim. Tak już chyba niektórzy mają, tak miał i Alfons...
            Był on pisarzem niezbyt poczytnym, ale stale rozwijającym się. Za dnia prosty subjekt w sklepiku z pamiątkami z Krakowa, co noc przeistaczał się w genialnego żonglera słowa pisanego. Jego opowieści powstawały niczym grzyby po deszczu, czy pawie po ostrej imprezie w kolejnym burdelu. Wznosił się na szczyty artystycznego rzemiosła, by co rano paść na pysk w gołębie gówna Rynku i potulnie sprzedawać zagranicznym naiwniakom tandetne pocztówki typu cracow-by-night... Jedyne co trzymało go przy nadziei, to wydana pierwsza książka - zbiór opowiadań o wiele mówiącym tytule “Parę głębszych słów o cipie”. Zdawał sobie jednak sprawę, że ciągle jest pisarzem niedocenionym i nie odkrytym.
            Tak byłoby pewnie aż do usranej śmierci Alfonsa, gdyby nie pewien szczęśliwy przypadek, który pomógł mu wspiąć się na szczyt sławy i poczuć w sobie spełnionego twórcę.

            Pewnego razu Alfons zdołowany swoim nieszczęśliwym losem i niepowodzeniami w karierze pisarskiej, sfrustrowany do granic możliwości, poszedł zalać się w trupa. Ponieważ nie miał ochoty z nikim rozmawiać i nie lubił udawać że jest dobrze, gdy nie było, postanowił nie iść do knajpy ani burdelu. Ławka nad Wisłą w mało uczęszczanym miejscu wydawała mu się idealnym rozwiązaniem. Z dwóch powodów. Z nikim nie będzie musiał gadać na siłę i przede wszystkim dzielić się wódką. Rzekę będzie miał na wyciągnięcie ręki i nikt mu nie przeszkodzi, jeżeli będzie miał ochotę skoczyć. Chociaż... Ostatnio stan wody poważnie obniżył się, można było dojrzeć z mostu góry śmieci na dnie...
            Kupił odpowiedni prowiant i udał się w upatrzone miejsce. Rozsiadł się na ławeczce, zapalił papierosa, pociągnął sporego łyka ze świeżo napoczętej butelki i zapatrzył się w mętną wodę Wisły. Rozmyślał o swoim nieudanym życiu i tym, że los tak bardzo go doświadczał, chociaż niczym nie zawinił. Myślał nawet o swoim piciu, z którym nie potrafił skończyć. Tak bardzo użalał się nad swoją osobą, że aż mu lżej robiło się na duszy. I tak sobie siedział, palił, pił i użalał się... A czas płynął, płynął i płynął... Aż w końcu zrobiło się prawie całkiem ciemno.
            Nagle z mroku wyłonił się pies. Był to stary owczarek niemiecki o wyleniałej brudnej sierści. Utykał na jedną łapę, a gdy zbliżył się do Alfonsa, ten zauważył że w miejscu lewego oka świeciło psu bielmo. Spojrzał tym jednym ślepiem na pisarza i spytał:
            - Hej stary. Nie poczęstowałbyś mnie papierosem?
            - Jasne - powiedział Alfons i wyciągnął paczkę papierosów w stronę psa.
            Zębami wyciągnął jednego z paczki, przyjął wdzięcznie podany mu ogień, a potem zaciągnął się głęboko i wypuścił z pyska kłąb dymu, gdzieś w rozgwieżdżone niebo.
            - Dzięki. - Pomajtał samą końcówką ogona.
            Wgramolił się na ławkę obok Alfonsa i usiadł. Obaj patrzyli sobie na ciemną wodę Wisły i palili papierosy, powoli, ostrożnie, z namaszczeniem... Pisarz od czasu do czasu pociągał łyczka z flaszeczki stojącej obok ławki.
            - Skąd się tu wziąłeś? - Spytał psa.
            - Bujam się tu od jakiegoś czasu... A ty?
            - Chyba też. - Alfons pociągnął z flaszeczki. - Chcesz?
            - Nie. Nie mam coś ostatnio ochoty na gorzałkę.
            - Twoja sprawa. Ja tam zawsze mam ochotę.
            - Nie o to chodzi, stary. Po prostu po gorzałce życie zbytnio mi się komplikuje... Spójrz na mnie. - Trącił Alfonsa łapą. - I co widzisz? Szczeniakiem raczej już nie jestem, nie? Dostałem trochę w dupę.
            - Jak każdy. Chyba. - Spojrzał psu prosto w ślepie. - Ale myślałem, że ktoś taki jak ty inaczej to przechodzi.
            - E tam... - Pies żachnął się. - Od razu inaczej. Powiem ci prawdę: ja nie jestem jakimś tam przeciętniakiem...
            - Jasne. Tak mówią wszyscy.
            - ...ja jestem Zaczarowanym Psem.
            - Ha! A to ci sensacja! - Ryknął pisarz. - A niby czemu jesteś Z-a-c-z-a-r-o-w-a-n-y? Co?
            - Choćby dlatego, że gadam ty ośle! Dużo znasz psów, które mówią?
            - A może to ja jestem tak napierdolony, że szczekam!? Co? Pewnie mi zaraz powiesz, że o tym nie pomyślałeś. Co!? Zaczarowany Pies! Nie, no nie!
            - E, szkoda z tobą gadać... - Pies odwrócił łeb w inną stronę. - Kawał ćwoka jesteś, wiesz?
            - A ty co? - Alfons trącił owczarka w bok. - Inteligent?
            - Może nie od razu inteligent, ale głupi też nie jestem. I nie szturchaj mnie...
            - No dobra. Niech ci tam będzie. Zapal se jeszcze...
            Pies ostentacyjnie przyjął następnego papierosa i zapalił. Alfons zadumał się nad nieskończoną głębią życia. Zaraz ocknął się spojrzawszy w skończoną głębię flaszeczki.
            - O kurwa - stęknął boleśnie.
            - Co jest? - Zainteresował się pies.
            - Aqua vitae nam się skończyła...
            - Nie nam, tylko tobie. Ja dzisiaj nie chleję, pamiętasz?
            - Wszystko jedno. Niech będzie, że mnie.
            - Nie marudź - powiedział pies wpatrując się intensywnie w pustą flaszeczkę.
            - Co ty...?
            - Ciii.
            W butelce coś donośnie zabulgotało, coś jak w głębi zlewu albo i kibla. Potem z otworu obficie chlusnęła biała piana. Pachniała Alfonsowi bardzo znajomo, aż wierciła w nos.
            - Szlag by to trafił! - Zaklął pies. - Pomyliłem zaklęcia.
            - Dobre i piwo! - Stwierdził uradowany nowym cudem nad Wisłą pisarz.
            - Głupiemu zawsze radość... - Mruknął pies.
            Pisarz przerwał na chwilę żłopanie piwa i bekając powiedział:
            - Ty faktycznie... jesteś... Zaczarowany.
            - Taa - stwierdził z przekąsem pies. - A ty faktycznie zalany...
            - No daj już spokój.
            - A ty co?
            - Co ja?
            - Kim jesteś? Nie przedstawiłeś się.
            - Ja - Alfons zastanawiał się nad autoprezentacją. - Albo genialnym pisarzem i miernym pijakiem, albo na odwrót. Sam już nie wiem.
            - Aha - pies zastrzygł uszami. - Masz doła.
            - I to jakiego.
            - O czym piszesz?
            - Tak w skrócie, to o sprawach damsko-męskich.
            - Czyli o dupczeniu?
            - No - ucieszył się pisarz. - Ale nie ma w tych opowiadaniach psów.
            - To niedobrze - stwierdził pies.
            - Nigdy nie zamierzałem świntuszyć aż tak bardzo. Chyba są jakieś granice?
            - Pierdol granice! - Warknął Zaczarowany Pies. - Albo jesteś artystą albo nie!
            - Wiesz, ty masz chyba rację.
            - No pewnie że mam. Musisz pójść na całość. Co ci z tego, że będziesz się bał?
            - Nic.
            - No właśnie. Chyba nie chcesz przez resztę życia sprzedawać kiczowatych pamiątek? To nie jest zajęcie dla ciebie.
            - Rzygać mi się tym chce! Zaraz, zaraz... Skąd ty... wiesz o pamiątkach?
            - No przecież jestem Zaczarowanym Psem. Już nie pamiętasz?
            - Fakt.
            - No to daj jeszcze jednego papierosa. Zapalę i muszę lecieć dalej.
            - Dokąd? - Alfons podpalił psu papierosa.
            - Przed siebie...
            Kiedy skończył palić zeskoczył z ławki i ziewnął pokazując wypróchniałe zęby. Pisarz chciał go pogłaskać, ale pies odsunął się. Widać nie była mu taka pieszczota niezbędna. Zamerdał tylko ogonem i - tak jak zapowiedział - odszedł przed siebie. Oddalał się, oddalał i oddalał... Aż w końcu zniknął Alfonsowi z oczu.
            Nigdy więcej już się nie spotkali.

            Po tym wydarzeniu pisarz nie mógł dojść do siebie przez cały weekend, tym bardziej że miał wolne. Miotał się po okolicy i gorączkowo obmyślał fabułę kolejnego cyklu opowiadań, a może nawet powieści. Przy tym nie zapominał o natchnieniu, które czerpał obficie prosto z gwinta. Już nie miał ochoty rzucać się do Wisły, chociaż poziom wody znacznie wzrósł i ponownie zakrył śmieci. Chciał stworzyć nowe dzieło albo i arcydzieło. Oczami wyobraźni widział już książkę, z piękną twardą okładką i złotym tytułem, czuł już w garści zarobioną kasę, słyszał pochlebstwa wiernych czytelników, mdlał od dotyku wilgotnych ust młodych czytelniczek i pławił się w aromatycznym oceanie gorzały...
            Potem niestety skończyła się fikcja i zaczęło życie. Nie dosyć że musiał wytrzeźwieć i doprowadzić się do stanu używalności, to jeszcze przecierpieć w pracy kilka godzin. Były to godziny całkowicie bezproduktywne. Mało sprzedał, źle się czuł i nie miał czasu myśleć o swoim przyszłym dziele. A w dodatku opierdolił go szef. Wszystko do dupy!
            Wrócił do domu i od razu usiadł za biurkiem. Drżącymi z emocji dłońmi wydobył z szuflady czyste kartki i ustawił przed sobą maszynę do pisania. Wkręcił kartkę i napisał wielkimi literami tytuł: O PSIE KTÓREMU NIE STAWAŁ. Potem zaczął walić w maszynę, ile miał sił i tak do drugiej w nocy - bez ustanku. Ale po drugiej zrobił sobie przerwę potrzebną na zmieszanie z błotem sąsiadki z góry, która zarzucała mu permanentne zakłócanie ciszy nocnej. Podkurował nadwyrężone gardło paroma głębszymi i wrócił do pracy...

            Rok później powieść “O psie któremu nie stawał” uznana za bestseller zajęła szczyt top listy. Alfonsa uznano za nowe objawienie w literaturze współczesnej i przyznano mu prestiżowe nagrody. Prasa rozwodziła się na jego temat. Czytali go wszyscy za wyjątkiem dzieci, które zawiedzione były brakiem stosownych ilustracyj poglądowych. Nie musiał już nigdy sprzedawać pamiątek z Krakowa, bo kasa z książki zasiliła mu konto na najbliższych parę lat. Bujał się po całej Galicyji i czytał swoją prozę na wieczorach autorskich. Zwiedzał też wszystkie knajpy po drodze wraz z wianuszkiem namiętnych młodych czytelniczek o niespożytej wprost energii i ciekawości świata. Podczas nielicznych chwil samotności zastanawiał się często, co też stało się z Zaczarowanym Psem...
            I żył długo i szczęśliwie, dopóki gorzała i fajki go nie wykończyły.

KONIEC


            Zaczarowany Pies skończył czytać i zamknął książkę. Na twardej okładce widniał złoty tytuł: BAJKA O ZALANYM PISARZU. Szczeniak miał wybałuszone oczy i rozdziawiony pysk. Zastrzygł uszami i spytał:
            - Naprawdę tak było?
            - Jasne - odpowiedział Zaczarowany Pies. - Idziemy, nie?
            Wstali z trawy i ruszyli wzdłuż Wisły. Było ciepło i przyjemnie, a od rzeki bił lekki chłód.
Pod drodze minęli młodzieńca rozwalonego na ławce, który ciągnął z gwinta czystą i uparcie wpatrywał się w wodę, której stan znacznie obniżył się. Wyglądał na zdołowanego. Zajmę się nim jak tylko odprowadzę małego do matki, pomyślał Zaczarowany Pies i podążył w stronę zachodzącego słońca...







COFNIJ DO POPRZEDNIEJ STRONY
Góra strony.