Na tej stronie umieszczono kody JavaScript.
Skrypt możesz uruchomić używając nowszej wersji przeglądarki.
Miłego Dnia.
Napisz maila!   dodaj do ulubionych  Ustaw stronę jako startową      KSIĄŻKI AUTOR GALERIA ANTYBIOTYK
PRZYJACIELE ZAKUP WYDARZENIA ARTYKUŁY KONTAKT


COFNIJ DO POPRZEDNIEJ STRONY




„Życie na krechę” (fragmenty)...


(...)
            A więc rzuciła go, zdradziła, olała!
(...)
            Potoczył nieprzytomnym z rozpaczy wzrokiem po zapełnionej sali Szwalni. Ludzie jak gdyby nic bawili się w najlepsze, nie zwracając na niego nawet najmniejszej uwagi. Co ich właściwie obchodziła jego osobista tragedia? Gówno. Ot co! A on był już nieźle pijany. Nie wlał w siebie właściwie zbyt dużo, ale, jako że nie pił często, te parę piw zrobiło swoje. Szukał jakiejś znajomej twarzy, osoby której mógłby się wyżalić... I znalazł!
            Przy barze siedział, a właściwie leżał na nim twarzą, znajomy osobnik. Był najwyraźniej pijany w trupa, bo spał twardo oparty na skrzyżowanych ramionach a z jego ust wyciekała gęsta, obleśna strużynka śliny, znacząc jego nieogoloną brodę. Obok siedział wielki owczarek niemiecki o podpalanej sierści i od czasu do czasu szturchał swojego pana nosem, jakby sprawdzając, czy ten jeszcze żyje. Był to nie kto inny, tylko znany krakowski poeta Andrzej Borsuk, we własnej parszywej, zapitej osobie, wraz ze swoim wiernym psem o poetyckim imieniu Werter.
            Ale fart, pomyślał nieszczęśnik i obrał kurs na bar. Kiedy zaszedł poetę od tyłu, pies zmierzył go czujnym spojrzeniem, jakby chciał zapytać: Czego, kurwa!? Potrząsnął Borsuka za ramię, najpierw delikatnie, potem bardziej zdecydowanie. Barmanka, która wyszła właśnie z zaplecza, zmarszczyła brwi i powiedziała:
            - Czemu go ruszasz? Przeszkadza ci, że sobie śpi?
            Zaczął się niejasno tłumaczyć; że to znajomy, że chciał tylko pogadać, że nie chciał zrobić nic złego, że przeprasza... Ale już poeta Andrzej Borsuk uniósł głowę, już strużynkę śliny otarł z brody rękawem, już przytomniej spojrzał na świat, a właściwie na rzędem ustawione butelki z alkoholem, już zmartwychwstał, być może rozpoznając znajomy głos, dobiegający go jakby z zaświatów...
            - Cześśś - wyrzucił z siebie. - Jesss cooo do pciaaa?


           

II. POETA ANDRZEJ BORSUK I PIES WERTER




1.


            Pewnego niezbyt pięknego marcowego popołudnia poeta Andrzej Borsuk dowiedział się, że nie żyje. Nie tylko, że nie żyje - jakby ta informacja nie była wystarczająco traumatyczna - ale gnije w ziemi już od prawie sześciu miesięcy!

            Właśnie opuścił oblegany niegdyś tłumnie, a obecnie podupadły bar mleczny Przy Moście - który osobiście przechrzcił na: Pod Mostem, a to ze względu na ceny przystępne nawet dla tak popularnego autora, jak on sam - gdzie spożył podwójną porcję pierogów ruskich z cebulką. Zapalił ręcznie skręcanego papierosa, który pozostawiał wiele do życzenia - już to samą grubością, już to kształtem - i czekając na przejściu dla pieszych rozkoszował się resztkami obiadu, które sprawnie wydłubywał językiem z dziurawych zębów.
            Kiedy pokonał przejście, ruszył ulicą Starowiślną w kierunku Rynku, zastanawiając się po drodze, co też uczynić z tak obficie rozpoczętym popołudniem. Nie uszedł nawet jednego przystanku, gdy spotkał znajomą. Na imię miała Ilona i z piskiem rzuciła mu się na szyję. Poeta cokolwiek zdziwił się - nie żeby nie było mu miło - i wzdrygnął, jako że nie był przyzwyczajony do tak otwartej adoracji ze strony płci pięknej. A koleżanka Ilona była piękna... inaczej.             Miała jakieś metr sześćdziesiąt wzrostu, co niejako z musu dostarczało jej zadziornemu noskowi trudnych do zapomnienia wrażeń ze strony pach Andrzeja Borsuka. Była drobnej budowy, chociaż jak stwierdził niejednokrotnie poeta - a ze słowami poety trzeba się naturalnie liczyć - cyc miała niczego sobie. Do tego gęste czarno farbowane włosy i - niestety - tego samego koloru makijaż, paznokcie i w ogóle cały ubiór. Młoda Lilith opuściła dłuuugie rzęsy i wyznała zażenowana, a może i trochę zawiedziona:
            - Mówili, że nie żyjesz...
            - Że niby zaliczyłem na ostatniej imprezie zgona?
            - No, coś ty! Powiesiłeś się przecież. - Ilonka zatrzepała rzęsami, a poeta poczuł ucisk w dolnych partiach ciała. - I to z pół roku temu...


2.


            Z wrażenia, którego nie pozbył się nawet po opisaniu całego wydarzenia w swoim dzienniku, Andrzej Borsuk nie mógł nijak otrząsnąć się. Z bogatego doświadczenia i licznych lektur wiedział, że każdy genialny poeta - a w poczet tych zaliczał i siebie - powinien w swoim życiu otrzeć się o śmierć, co niejako uwierzytelnia autentyczność przeżyć autora. Tyle, że...
            O śmierć nie było jednak tak łatwo. Nie żeby nie myślał o samobójstwie - bo i owszem, zdarzyło mu się nie raz, i nie dwa - ale targnąć się na swoje życie ze skutkiem murowanym, nie udawało mu się. To mogło obudzić frustracje...
            W ogóle miał przesrany żywot. Urodził się w małym zapyziałym - chociaż położonym w uroczej “górskiej” okolicy - miasteczku o nazwie Stary Sącz. Pomimo blisko dekady spędzonej - a raczej przepitej - w Krakowie, czuł się ciągle autochtonem. Wiecznie bez kasy, przez parę pierwszych lat zmieniał adresy zamieszkania z częstotliwością wyciągu z rachunku bankowego, którego saldo niezmiennie wynosiło zero. Nie miał życia osobistego, bo życiem dla niego było pisanie. Nie miał znajomych, bo ludzie na dłuższą metę nie lubili go i raczej stronili od jego skromnej, acz uduchowionej osoby. Teraz nie miał nawet żony...
            Co więc miał w gruncie rzeczy? Dwie wydane książki, tylko że poezja nie sprzedaje się. Parę drobnych publikacji w mało prestiżowych pismach literackich - gdzieś “to” sprzedają?. Bardzo dużo dobrych chęci, chociaż już dawno stracił zapał do pisania. Ale przynajmniej miał zaprzyjaźnionego wydawcę, a Chłodny był mu życzliwy. No i miał psa. To dużo?
            Spojrzał z niechęcią na pismo polecone, które wręczył mu za potwierdzeniem listonosz, kiedy zderzył się z nim wchodząc do bramy marnej czynszówki (mieszkał w dawnym getcie, czyli w dzielnicy XIII. - czyżby znowu pech? - o nazwie Podgórze). Z elektrowni. Po krótkim wahaniu rozciął kopertę i przekonał się, że jest to - jak zresztą trafnie przypuszczał - wezwanie do natychmiastowej zapłaty dwóch rachunków: zaległego i bieżącego. Pod groźbą wyłączenia prądu, a co za tym idzie, eksmisji z wynajmowanego mieszkania. Naturalnie, gdyby właściciel mieszkania dowiedział się o tym. Ale nie dowie się... bo jakoś się zapłaci. I jakoś to dalej będzie.
            Bo poeta Andrzej Borsuk tylko “jakoś” ciągnął to swoje życie. Najczęściej na krechę.             Pogrążony w smutku, zdecydował się na wysłanie do swojego wydawcy Chłodnego esemesa o treści: Co robisz? Ja nie zyje. Odzew był niemal natychmiastowy: Nie pierdol Borsuk napijesz sie to ci przejdzie jedziemy na impreze do badziewia.

3.


            Badziewie był to klub zajmujący jedno z pięter starej kamienicy w Śródmieściu, w stosownej odległości od Rynku. Otwierany po południu, zamykany do południa - nic dodać, nic ująć. Pomieszczenia w krzykliwych kolorach, wystrój rustykalny. Złaziły się tam głównie cioty i lesby z całego miasta, choć weekend przyciągał towarzystwo także z innych stron. Nad ranem wszystkie niedobitki z reguły szły w ślinę z kim popadło, szczęśliwcy nie opuszczali lokalu sami... Poeta Andrzej Borsuk wpadał tu od czasu do czasu - tak, jak dziś - parokrotnie nawet w towarzystwie swojej byłej żony, więc nic go nie było w stanie zdziwić. Nawet koleżanka z liceum po drugiej stronie różowiejącego w półmroku baru, która szła w ślinę raz z kolegą, a raz z koleżanką. Zdrówko!, pomyślał zachwycony.
            Jednak w ten fatalny wieczór impreza w ogóle nie kleiła się. Najpierw wystali się z Chłodnym w kolejce do baru blisko czterdzieści minut, potem w kolejce do szatni jakieś pół godziny (z obu stron, bo nie wiadomo było, która jest tą właściwą), ale za to z piwem w ręce. Kiedy wreszcie chcieli gdzieś usiąść, nie było miejsca. Wrócili do baru i wzięli po piwie na zapas. Potem przystanęli w korytarzu, oparci o framugę drzwi.
            Poeta sącząc chłodne piwo przyglądał się masie ciał, kłębiącej się w rytmie techno, spowitej gorącą i lepką aurą. Nie odnajdował się w tym klimacie, ale zazdrościł tym, którzy bawili się doskonale. Pomyślał wrednie, że ci ludzie wyglądają jak małpy w klatce, a cały efekt daje tylko światło stroboskopowe, upiększając ruchomymi plamkami groteskowe, paralityczne podrygi. Jednak fascynował go ten fenomen, no i laski wywijające biodrami...
            Gdzieś o 2.30. w nocy rozdzielili się z Chłodnym i udali na poszukiwanie ulotnego szczęścia. Wydawca pozostał na z góry upatrzonym stanowisku, oparty niedbale o zalany piwem bar, kokietując zebrane wokół niego mocno podpite towarzystwo, a poeta powędrował w kierunku najdalej położonych i najbardziej wyludnionych o tej porze sal.
            Co krok napotykał obściskujące się po kątach pary - hetero albo homo - i krew go zalewała. W końcu - gdy już niemalże zrezygnował z szukania - udało mu się! Znęcił lalę z peryferii, a może to ona znęciła jego? (Na to dosyć istotne dla biegu wydarzeń pytanie nie potrafił sobie później odpowiedzieć. Tym bardziej, że obudził się w swoim łóżku z... psem.) Jednakże ta - zapewne - małomiasteczkowa piękność zawiodła jego oczekiwania co do swojego intelektu i elokwencji (jakby jedynie o to chodziło!) tak bardzo, że poeta musiał salwować się - niezbyt taktowną - ucieczką. Aż do końca imprezy trzymał się kurczowo baru i Chłodnego...
            ...i wracali razem - jako że w tym samym kierunku - w stanie permanentnego upojenia. Była godzina 7.30....

4.


            Tak naprawdę nie lubił wieczorów, szumnie zwanych autorskimi. Gra nie była warta świeczki. Wszystko zaczynało się od głupiej myśli przy piwie - rzadziej od telefonu konkretnego organizatora - w którejś z zaprzyjaźnionych knajp. Z nudów. Od słowa do słowa i myśl krystalizowała się w słowo: wieczór. No, jak wieczór, to koniecznie musi być autorski! Co ty na to, poeto? Co ja na to? - uwaga! to najgłupsza odpowiedź z możliwych - Czemu nie? Siłą rozpędu - albo przez analogię: głupoty - zaczynało się żmudne ustalanie terminu - to kurewskie wędrowanie spoconym paluchem po stronach kalendarza! - który najczęściej ulegał parokrotnej zmianie, co dodatkowo przysparzało niepotrzebnych kłopotów i zamętu. Gdy już był termin, zaczynała się galopka z wybieraniem, poprawianiem i dopisywaniem tekstów do czytania, co Andrzej Borsuk i tak czynił w ostatniej chwili. Potem tytuł - najlepiej taki, żeby się nie powtarzał, bo znajomi nie przyjdą się nachlać. No i w końcu plakat, koniecznie z idiotycznym pozowanym zdjęciem, a czasem nawet ulotki. Zeskanować, skserować, rozlepić - to już proste, wystarczy wszystkiego osobiście dopilnować. Ponudzić, poczytać przez jakąś godzinę “sakramenckie pierdoły” - które tak naprawdę nikogo nie obchodzą - przepić do wszystkich - a nuż sprzeda się jakaś książka? tanio, tanio! - skasować skromne honorarium, o ile takie w ogóle jest. A rano megakac i powolne wpadanie w otchłań zapomnienia. Aż do następnego razu...
            Tylko, czy w ogóle jeszcze warto czekać na jakiś “następny raz”?
            Czasami powracał myślami do początku, kiedy jeszcze nie miał żadnej książki i czytał z maszynopisów młodzieńcze wiersze - nigdy nieopublikowane w całości. Ten dreszczyk emocji, który go przeszywał, jak gigantyczny orgazm! Te tłumy znajomych i obcych, które przychodziły w każde - nawet najbardziej oddalone od Rynku - miejsce, żeby go posłuchać! Sława i chwała!
            Teraz najczęściej po zniechęceniu i braku siły do życia - w końcu powiesił się - nachodził go jeden i ten sam pomysł. Pomysł o s t a t n i e g o wieczoru autorskiego. Wieczoru, który poniósłby jego nazwisko w świat. Nazwisko na punkcie którego oszalałyby wszystkie media - oto A n d r z e j B o r s u k : Ś m i e r c i o n o ś n y P o e t a !, krzyczałyby nagłówki gazet, W i e r s z e p i s a n e k r w i ą! Tylko u nas wywiad z P o e t ą - M o r d e r c ą! A pani redaktor Elżbieta Zadra zaprosiłaby go do swojego programu “Dyskusje w amoku” i zapytała:             - Panie Andrzeju - czy mogę się tak do pana zwracać!? - panie Andrzeju, jak to się stało, że jest pan nie tylko autorem dwóch tomików poezji, ale także masowego mordu na swoich czytelnikach, zgromadzonych na pańskim o s t a t n i m wieczorze autorskim w Krakowie!? Takiego precedensu w literaturze współczesnej (która i tak jest udziwniona do granic, wydawałoby się, możliwości), i nie tylko współczesnej, jeszcze nigdy nie odnotowano! Proszę nam o tym opowiedzieć!
            - No więc - odparłby Andrzej Borsuk - wszystko to za sprawą nagromadzonego we mnie poczucia niespełnienia, frustracji wywołanych nędznym życiem, jadu toczonego na myśl o niewdzięcznych znajomych, uczuciu nienawiści wypełniającemu mnie po brzegi! Ja sam jestem skromnym twórcą nieoczekującym od życia przysłowiowych kokosów! Gwoździem (jeśli mogę się tak wyrazić) do tej zbiorowej trumny, był dzień w którym dowiedziałem się, że nie żyję od pół roku! Dawno niewidziana znajoma uświadomiła mnie, co mówią o mnie ludzie! A mówili: powiesił się pół roku temu! No, pękła czara goryczy! Wiedziałem, co powinienem uczynić! Wszystko miałem zaplanowane do najdrobniejszego i najmniej istotnego szczegółu! Pozostawało ustalić termin i miejsce wieczoru, szumnie zwanego autorskim, a w rzeczywistości dla niektórych ostatecznego! Zaczął się zwyczajowo, czyli nijak! Zero skupienia, jakiejkolwiek uwagi nawet ze strony tak zwanych znajomych! Widzę, że siedzą i tylko rozglądają się za darmowym winem, którego tym razem, zgodnie z planem, miało nie być! I nie było! Czytam nowe wiersze, a pod stołem gładzę dłonią nowiutkie AK-47 z pełnym magazynkiem, a także zapasowym, który dorzucono mi w świątecznej promocji! Zapalam kolejnego papierosa, żeby uspokoić niepotrzebne w tak podniosłej chwili nerwy, upijam łyk odgazowanego już piwa! Mylę jeden tekst, ale i tak nikt tego nie zauważa! Kończę czytać z wybiciem godziny zero, ale tak naprawdę do godziny zero pozostają jeszcze dwie godziny, czyli jest punkt 22.00.! Wstaję z impetem, wywracając stolik, krzesło, rozrzucając po podłodze papiery! Wycelowuję AK-47 w nieliczną publiczność, jaka mnie w ten wieczór zaszczyciła, i bez zmrużenia oka pociągam za spust! Trrrrrr-ach! Trrrrrr-ach! Trrrrrr-ach! Goście padają, jak ścięte kłody, bez jednego okrzyku zdziwienia, bez najmniejszego protestu, który i tak na nic by się nie zdał, bo czyż można protestować przeciwko nieuniknionemu końcowi!? A koniec już blisko! Ostatnia pada kelnerka, która nie posłuchała mnie i zaczęła wnosić wino! Bum, uderza jej młode ciało o zalaną posoką posadzkę! Kieliszki z winem roztrzaskują się w drobny mak, wino miesza się z krwią (ale to nic, bo to przecież ten sam kolor)! Amunicja w magazynku skończyła się! AK-47 zacina się: khk!khk! Zapasowy magazynek nie jest potrzebny! Na sali żywi pozostajemy tylko ja i mój pies!
            - Niesamowite! - powiedziałaby redaktor Zadra - Co za opanowanie! Proszę nam powiedzieć, co pan zrobił później!?
            - No cóż - odpowiedziałby Andrzej Borsuk - pozbierałem papiery, spakowałem do torby niesprzedane książki, AK-47 z zapasowym magazynkiem (pomyślałem, że może się jeszcze przydać na ewentualne gościnne występy) i poszedłem z psem na spacer!...

5.
.

            Z pijackiej maligny wyrwało go piszczenie Wertera, utykającego po zaśmieconym pokoju tonącym w półmroku. Potoczył nieprzytomnym wzrokiem wokół. Dostrzegł wymiętą paczkę tanich papierosów i napoczęte piwo w puszce gównianej marki. Sięgnął po nie i z wysiłku zaczęło mu łupać w czaszce, a pod powiekami pojawiły się jaskrawe mroczki. Ostatnią zapałką podpalił papierosa, a piwo wlał do gardła niemal ciurkiem. Wcale nie poczuł się lepiej.
            Pies dotknął zimnym nosem jego ucha i polizał go po rozpalonym policzku. Parsknął z radości, pomachał wesoło ogonem i pobiegł do drzwi, gdzie usiadł i spojrzał na niego wzrokiem pełnym oczekiwania. A kiedy poeta nie zareagował, podbiegł do łóżka i szczeknął zniecierpliwiony.
            - Co, Werter - mruknął niezadowolony Andrzej Borsuk - srać ci się chce?
            Najwyraźniej psu chciało się, więc poeta zwlókł się z łóżka i poszukał butów.
            - Już idziemy, już. Spokojnie, Werter...
            Świeże powietrze okazało się tym razem zbawienne w skutkach, bo poeta jakoś doszedł do siebie, a pies zrobił, co miał zrobić. W drodze powrotnej wstąpili do małej knajpki po drugiej stronie ulicy i wprowadzili do organizmu po jednym piweczku - Wertep naturalnie ze specjalnie trzymanej dla niego w barze miski - i obaj zadowoleni wrócili do domu. Pies dostał kolację, którą pochłonął w mgnieniu oka, i rozwalony na łóżku usnął, a poeta - nie mając lepszego pomysłu na dalsze życie - usiadł przy stole, by trzęsącą się ręką zapisać nowy wiersz...




COFNIJ DO POPRZEDNIEJ STRONY
Góra strony.